Golas na plaży? Kolejną niezwykle palącą kwestią jest problem, dotyczący tego, czy małe dzieci powinny biegać po plaży na golasa. Z przeprowadzonego przez portal o2.pl sondażu wynika, że aż 49% osób uważa to za zły pomysł, wiele osób ma mieszane uczucia. Poznaj definicję 'na golasa', wymowę, synonimy i gramatykę. Przeglądaj przykłady użycia 'na golasa' w wielkim korpusie języka: polski. Jeżeli znajdujesz się na wolnej przestrzeni (terenie odkrytym), udaj się natychmiast do obiektów zapewniających osłonę (schronów lub ukryć). Wykorzystuj elementy otoczenia (mury, krzaki) jako tymczasowe ukrycie oraz do osłony przed środkami rażenia. Uważaj na niewybuchy oraz elementy zniszczonej infrastruktury. Każdy człowiek ma prawo do intymności. Wszyscy się z tym zgadzamy, jednak nie każdy uważa, że nagość dziecka na plaży obdziera malucha z tej godności. Chodzi tu przecież o poszanowanie intymności dziecka, które może na przykład po latach czuć żal do rodziców przez nagą sesję zdjęciową z wakacji. O ile kilkumiesięczne 22 czerwca 2021 r. Od 1 maja 2021 r. Lasy Państwowe umożliwiły obywatelom nocowanie w lesie. Na legalny biwak możemy wybrać się do jednego z 425 nadleśnictw biorących udział w programie „Zanocuj w lesie”. Jest to efekt pilotażowego programu, w którym brało udział 46 obszarów. Teraz weekend w lesie możesz przeżyć Miałeś, chamie, złoty róg, Miałeś, chamie, czapkę z piór. Czapkę wicher niesie, Róg huka po lesie, Ostał ci się jeno, Ostał ci się jeno sznur. Za Krakowem czarny las, Za Krakowem czarny las, Oj, pytała Kasia. vOWTPkb. W dobie fejków internetowych ludzie nie potrafią wychwycić w choćby 10 procentach co jest prawdą a co fałszem. Niby jest dla ciebie jasne że coś jest bujdą na resorach ale nawet ta bujda musiała powstać na jakiejś podstawie. Mógłbym opowiedzieć np. że wczoraj w nocy, zmieniałem koło nieopodal lasu i cmentarza, w pobliżu Unierzyża a mój lewarek wcale nie hałasuje dziwnym skrzypiącym dźwiękiem, co jest oczywiście nie prawdą wygenerowaną celowo by odwrócić waszą uwagę od faktu, że podczas wymiany tego koła rozebrałem pół parkanu z tego cmentarza by podłożyć pod prawy próg. Obawiałem się że lewarek nie wytrzyma ciężaru tego samochodu. Więc trochę prawdy w tym było. Ale której prawdy ? Żeby to zobrazować posłużę się tu pewnym przykładem. Wyobraź sobie, budzisz się w ciemnym miejscu, gdzieś w lesie. Nie słychać żab, nie słychać świerszczy, tylko ogłuszający szum wiatru w konarach i skrzyp naginanych pni drzew. Nie wiesz gdzie jesteś i nie chcesz tu być bo jest nie przyjemnie chłodno i jakby zaczynał padać deszcz. Przecież przed chwilą siedziałeś przed telewizorem w cieplutkim domu. Obojętnie jak bardzo byłbyś zesrany i tak podejmujesz próbę odszukania jakiegoś cywilizowanego światła. Robiąc kilka kroków w prawie absolutnych ciemnościach nagle wpadasz jedną nogą w głęboką dziurę. Upadając wyczuwasz rękoma jakieś elementy z betonu. Wystraszony wyciągasz nogę w pośpiechu gubiąc buta. Nie podejmujesz się jego odzyskania. Panika pcha cię w jakimś nieznanym kierunku, jednak kolejna próba odchylenia gałęzi okazuje się być nie możliwa. Zamiast tego wpadasz na metalowy krzyż wystający krzywo z ziemi. Dociera do ciebie, że znajdujesz się na jakimś zapomnianym cmentarzu. Ale jest nadzieja. Skoro jest cmentarz, to są w pobliżu ludzie. Ok. ostrożnie podążasz dalej. Przez las zaczyna się przebijać jakieś skrzypienie, którego nie potrafisz porównać do czegokolwiek naturalnego. Podążasz w tym kierunku. Im jesteś bliżej tym ten dźwięk staje się bardziej nieznośny. Ale Jesteś przekonany że to człowiek. Już nawet dostrzegasz kawałek rozchmurzonego nieba zza kończącego się lasu. Wtem z prawej strony słyszysz jak coś ciężkiego biegnie w twoją stronę bardzo szybko. Tupie z dużym impetem jak koń w podłoże, łamiąc chaszcze i gałęzie stojące mu na drodze. W życiu byś nie pomyślał, że w takiej sytuacji strach przejmie nad tobą kontrolę. Jesteś przekonany że to coś pędzi w twoją stronę by cię zaatakować. Rzucasz się do ucieczki ale znów wpadasz w jakąś dziurę w ziemi, tym razem próbujesz wydostać się z zawaliska ale po chwili dochodzi do ciebie, że jesteś tam bezpieczniejszy. W ułamku sekundy zapędzony w kozi róg, stajesz się jak rambo gotowy do walki z tajemniczym zwierzem a półmetrowy kawałek deski znalezionej na dole jest twoją bronią. Z ust wyrywa ci się krzykiem słowo, którego nawet na totalnym zadupiu byś nie użył „PUDZIESZ!” Wtedy nadbiegające zagrożenie na chwilę ucichło. Po nie całej minucie ciszę przerywa podwójne tupnięcie. Tłumaczysz sobie na siłę, że nie ma się czego bać to tylko sarna, albo jakieś inne nie groźne zwierzątko. Ale każdy następny szelest gałęzi z poza dołu w którym siedzisz unieruchamia cię i wzmaga strach. Przyjmujesz plan, że będziesz tam siedział aż sobie odejdzie. Przez następne pół godziny przelatuje ci przez myśl chyba wszystko, sprawy błahe, komu wisisz pieniądze, co trzeba zrobić w samochodzie, ustalasz sobie plan na następny tydzień. Sytuacja zaczyna się stabilizować, bo już dłuższy czas nie słyszałeś żadnego dźwięku wskazującego na czyjąś obecność. Emocje opadają a ty bezszelestnie wypełzasz z dziury do której wpadłeś. Na zewnątrz nie zauważasz nic niepokojącego, ale ten układ pni po lewej stronie zaczyna samoczynnie rozwijać twoją wyobraźnię i buduje napięcie. Z deka przypomina jakąś chudą krowę, na konia to raczej nie wygląda. Rozsądek podpowiada by oddalać się w kierunku skąd dobiegał dziwnie skrzypiący dźwięk. ale ciekawość i głupota w pewnym momencie wygrywa. Podkradasz się bliżej i chowając za drzewo rzucasz w kierunku dziwnego urojenia znanym już kawałkiem deski. Przedmiot ten odbija się od drzewa obok a dziwnie ułożone drzewo nagle ożyło. Szybko chowasz się za pół metrowej grubości drzewem. Nawet nie poczułeś kiedy twoje zwieracze odmówiły współpracy. Słyszysz jak zwierze podchodzi bliżej i następuje cisza. Znów sobie tłumaczysz, że to tylko jakaś sarna i jak wyjdziesz z za drzewa to cię zobaczy i ucieknie. Wychylasz głowę ale tam już niczego nie ma. – To gdzie to jest? –Myślisz sobie. Odwracasz głowę o 180 stopni i czujesz jak kolejny skład opuszcza twoje jelita. 30 cm od twojej twarzy olbrzymi łoś z okazałym porożem w czarnym dresie, zdejmuje okulary i przemawia ludzkim głosem – Dzień dobry Grzegorz Przewiało firma „Coopra” z Sosnowca. Czy jest pan zainteresowany roletami „dzień noc” ?Jedną z głównych zalet rolet typu dzień noc jest regulacja ilości światła wpadającego do pomieszczenia. Dodatkowo, roleta posiada trzy tryby przepustowości … Po chwili uświadamiasz sobie, że przecież zamówiłeś u nich rolety za ponad 300 zł i mimo wpłaty nie zrealizowali zamówienia a kontakt jest zlewający z ich strony. Deska znów znalazła się w twoim ręku, śmiejąc się złowrogo pod nosem, zmierzasz w kierunku leśnego przedstawiciela handlowego. Role się odwróciły teraz łoś zaczyna się bać -Halo ? Proszę pana… Panie Romanie … Roman… Romek! … Wstawaj Romek! Otwierasz oczy i widzisz że wciąż siedzisz przed telewizorem. Budzi cię …żona i pyta – nie wiesz co tak tu jebie? Nie żryj tyle tych mielonych bo już w chałupie nie idzie wytrzymać, Takie bąki sadzisz, że nawet grzyb ze ścian się cofa. Otwieraj szybko okno. Zaczyna do ciebie docierać że mimo obsrania, cały ten incydent nie ma miał miejsca. To był tylko sen. Z zadowoleniem otwierasz okno i słuszysz znajomy dziwnie skrzypiący dźwięk. To twój sąsiad podnosi samochód na zardzewiałym lewarku. Teraz każdy z was niech się zastanowi ile w tej Historyjce było prawdy. Na pewno mój lewarek i oszustwa ze strony „Coopra”. Reszta to tylko tworzenie atmosfery. Chociaż nie dawniej jak tydzień temu jechałem autostradą A1 i na pewnym jej odcinku mijałem potrąconego łosia. Biedne olbrzymie zwierze zajmowało w pozycji leżącej prawie dwa pasy. Nie wiem co mu strzeliło do głowy żeby sforsować ogrodzenie i wejść na jezdnie. Za sobą miał ze cztery rozbite samochody. Na bank założył się z kolegami po pijaku „Co, ja tędy nie przejdę? To patrzcie”. Łosie są porąbane, i to w sumie już nikogo to nie dziwi, wszędzie czują się jak u siebie. Jedna drobna rzecz mnie zastanawia dlaczego w rowie obok leżał czarny dres i okulary? Czy „Coopra” faktycznie zatrudnia zwierzęta? Czy łoś aż tak się napierdolił że postanowił się rozebrać i pobiegać na golasa po autostradzie? Czy może człowiek z opowiadanka powyżej zmusił go do takiego czynu w zemście za oszustwa ze strony frmy „Coopra”? W Niemczech wyznacza się coraz więcej szlaków do pieszych wędrówek wyłącznie dla nudystów. Może jest to rozwiązanie na panującą w Europie kanikułę... Kiedy temperatury dochodzą do 40 st. C. naturalnym odruchem jest to, że ludzie pozbywają się zbędnej odzieży. Lecz wielu nie czeka, aż zrobi się im za gorąco. Także przy umiarkowanych temperaturach zrzucają z siebie wszystko, oddając się kultowi nagiego ciała. A że najpopularniejszym sposobem rekreacji w niemieckim społeczeństwie są piesze wędrówki, naturalną siłą rzeczy pomyślano o połączeniu nudyzmu z wędrówkami, wyznaczając specjalne trasy piesze dla nagusów. Parę dni jak Pan Bóg go stworzył Trasa w Górach Harzu liczy prawie 6 km W ubiegłym roku trasy takie wyznaczono w górach Harzu i w Lueneburger Heide, na północy Niemiec. W bieżącym roku o taką ofertę wzbogaciła się Brandenburgia, gdzie od dawna już są specjalne odcinki plaż nad jeziorami tylko dla nudystów; po niemiecku nudyzm to FKK, Freie Koerperkultur. -Szczególnie przy wysokich temperaturach człowiek tak szybko się nie poci, kiedy nie ma nic na sobie - podkreśla Ulfert Hanschur, 54-latek z Beelitz w Brandenburgii, od dawna uprawiający nudyzm. Nie tylko wybiera się na trasy, jak Pan Bóg go stworzył, ale też częstokroć boso. - Weekend zaczynam w piątek po południu prysznicem w ogrodzie, i czasami dopiero w poniedziałek zakładam znowu ubranie - przyznaje. Ostrożne władze Plaża w Prerow nad Bałtykiem Ulfert Hanschur należy do grona osób aktywnie wspierających nudyzm w Brandenburgii, które walczyły o wytyczenia dla nich specjalnej trasy pieszych wędrówek, podobnych do tych w Harzu i Lueneburger długości 6 km miałaby prowadzić przez ogrodzony rezerwat dla dziko żyjących zwierząt w dolinie Glauer Tal koło Trebbina, w powiecie Teltow-Flaeming. Szlak ten przetestowała już grupa 85 nagusów, którzy przybyli z całych Niemiec, potwierdziła rzeczniczka magistratu Trebbina Beate Rantsch. - Wszyscy byli zachwyceni: piękna przyroda, płaski teren, mało wzniesień - wylicza. Niektórzy mieli na sobie tylko buty, niektórzy byli boso, ale wszyscy z plecaczkami. Inni użytkownicy tego pieszego szlaku zostali wcześniej poinformowani, że po drodze mogą się natknąć na nudystów, informuje pracowniczka magistratu. W najbliższych tygodniach władze miasta i powiatu będą dyskutować o tym, czy w przyszłości szlak ten ma być regularnie oddany do użytku nagim piechurom. Po wodzie i po lodzie Ulfert Hanschur oddaje się nudyzmowi, od kiedy miał 15 lat. - Będąc nago zupełnie inaczej odbiera się całe otoczenie: wiatr, słońce - opowiada. Nudyzm nie ma nic wspólnego z podglądactwem, zaznacza. - Ludziom patrzy się w oczy, a nie gdzieś indziej. Tak naturalne podejście do nagości od dawna mają zwolennicy kąpieli wodnych i słonecznych, którzy mają swoje wyznaczone plaże FKK czy nawet specjalne pola campingowe. W powiecie Dahme-Spreewald jest na przykład camping, na którym spędza wolny czas 150 gości, którzy swoje namioty i przyczepy mają tam rozstawione na stałe. - Mamy tu rodziny, pary, ludzi w pojedynkę - opowiada Hans-Joachim Droge z recepcji campingu. - W czasie upałów przyjeżdża też dużo gości za dnia, żeby się chociaż w spokoju popływać na golasa. Camping położony jest w leśnej głuszy, i wszystko inne jest tu typowe, jak na każdym innym polu: ludzie grillują, grają w badmintona, kąpią się. To, że latem panuje tu ruch, jest zrozumiałe, ale camping nie zamiera nawet zimą. - Niektórzy przyjeżdżają, żeby kąpać się w przerębli. dpa, MOZ, Welt / Małgorzata Matzke Alexandra Jarecka Dziesiątki artykułów w polskiej i zagranicznej prasie, oficjalne śledztwo PRL-owskich służb, a po latach kawał historii powojennej Gdyni i inspiracja dla współczesnych literatów. Przypominamy historię nieznanego obiektu, który miał się rozbić w basenie gdyńskiego portu w 1959 r. Kilka dni temu swoją premierę miała nowa książka jednego z bardziej poczytnych polskich pisarzy - Łukasza Orbitowskiego. Akcja "Chodź ze mną" rozgrywa się w latach 50. w Gdyni i nawiązuje do głośnej historii nieznanego obiektu, który w 1959 r. miał się rozbić w basenie dobra okazja, aby przypomnieć tę nietypową historię, która przez lata obrosła tysiącami mitów. Trudno też o lepszego przewodnika niż Michał Miegoń z Muzeum Miasta Gdyni, z którym autor książki konsultował całą prawda do dziś nie wiadomo, co tak naprawdę wydarzyło się w basenie portowym. Istnieje szereg teorii - mniej i bardziej sensacyjnych - mówiących o upadku meteorytu, amerykańskiego satelity czy faktycznym spotkaniu z ostatnia wersja jest oczywiście najbardziej sensacyjna, warto jednak pamiętać, że dosłownie kilka dni temu przed Kongresem Stanów Zjednoczonych, jednego z najpotężniejszych światowych mocarstw, odbyły się oficjalne przesłuchania członków służb dotyczące właśnie obserwacji niezidentyfikowanych obiektów niezależnie od tego, czy podejdziemy do tej historii sceptycznie, czy nie, to i tak będzie to po prostu ciekawa historia, na stałe związana już z powojennymi dziejami obiekt o kształcie cygara21 stycznia 1959 r. ok. godz. 5 nad ranem na redzie gdyńskiego portu szalał silny wiatr, a temperatura powietrza sięgała grubo poniżej zera. Jednak mimo tak wczesnej pory i tak niekorzystnych warunków pogodowych nie brakowało świadków, którzy zobaczyli i opisali później dziwny obiekt, który spaść miał do gdyńskiego Zauważono spory, płonący, czerwonej barwy obiekt lecący w kierunku Basenu nr IV przy Nabrzeżu Polskim w gdyńskim porcie. Po rozbiciu się z hukiem o taflę wody zauważalne były kłęby pary wodnej, świadczące o wyjątkowo wysokiej temperaturze, jaką podczas upadku ze sporej wysokości uzyskała powierzchnia tajemniczej konstrukcji - mówi Miegoń. Lecący w kierunku basenu portowego obiekt o kształcie cygara jako pierwsi zauważyli marynarze ze statku PLO "Jarosław Dąbrowski", który znajdował się akurat nieopodal portowej obrotnicy. - Doker Jan Blok, świadek katastrofy, wspominał później, iż tylko dzięki szczęściu i trajektorii lotu obiektu uniknięto jego kolizji ze statkiem. Świadkowie byli też zgodni, że długość obiektu nie przekraczała 4 metrów, a średnica 1,5 metra. Świadkiem upadku był także inżynier Alojzy Data, który wspominał, iż upadkowi bolidu towarzyszył wysoki dźwięk przypominający zgrzytające o sobie fragmenty metalowych płyt - opowiada publikacje prasoweKatastrofę zauważyło też sporo osób mieszkających w pobliżu portu. Pierwsza wzmianka na jej temat pojawiła się jednak w prasie dopiero tydzień później. Opublikował ją "Wieczór Wybrzeża". Była to relacja oparta o wypowiedzi osób pracujących w dniu katastrofy w magazynie POSTI. Osoby te wspominały, że tajemniczy obiekt, zanim runął do basenu portowego, na kilkanaście sekund zawisł nad miastem w okolicy placu Kaszubskiego. Pierwsze publikacje prasowe uruchomiły prawdziwą lawinę spekulacji i teorii spiskowych dotyczących katastrofy nieznanego Na milicję zaczęły się zgłaszać osoby, które zeznawały, iż widziały na plaży miejskiej, kilka dni po katastrofie, straszliwie poparzoną istotę, która czołgała się w stronę lasów Kępy Redłowskiej - mówi UFO w zachodniej prasieCo ciekawe, sprawą zainteresowała się także prasa z zachodu Europy. To tam zaczęły się pojawiać doniesienia o... sekcji obcego przeprowadzonej rzekomo przez Według rzekomej relacji świadków istota ta posiadała spiralny układ krwionośny, po sześć palców u stóp i dłoni oraz kombinezon z niezwykle trwałego, nieznanego na naszej planecie tworzywa. Gdy wraz z nim zdjęto z dłoni tej istoty tajemniczą bransoletę, nastąpił zgon - bądź hibernacja - relacjonuje te artykuły Miegoń. Według zachodniej prasy - choć raczej takiej o charakterze mocno brukowym - zwłoki obcego miały zostać przetransportowane w samochodzie-chłodni do Moskwy. Już w czasach współczesnych tematem gdyńskiego incydentu z UFO zajęła się nawet telewizja z Japonii. Ekipa tamtejszego kanału NHK TCC Channel 8 przyjechała do Gdyni i próbowała uzyskać nowe informacje. Ostatecznie jednak dziennikarze do nowych informacji się nie dokopali, choć znaleziono poszlaki, że pasażerów rzekomego UFO mogło być faktycznie rozbiło się w gdyńskim porcie?Zagadkowe jest do dziś zachowanie prasy po katastrofie. Po krótkotrwałym milczeniu przyszedł czas na serię artykułów, które wręcz podsycały obywateli Gdyni do spekulacji na temat portowego wypadku. - Z powodu znacznej liczby świadków nie można było zatuszować sprawy, więc przeprowadzono pokazowe poszukiwania obiektu przez ekipę nurków. Wydobyto wówczas fragment metalu, który próbowano uwiarygodnić jako element tego, co wpadło do basenu portowego. PLO prosiło o kontakt wszystkich, którzy styczniowego ranka widzieli upadek bolidu do basenu, natomiast Polska Akademia Nauk wyznaczyła nagrodę w wysokości 1000 ówczesnych złotych dla tego, kto odnajdzie fragmenty niezidentyfikowanego obiektu - opowiada późniejszych miesiącach forsowano teorię o upadku meteorytu. Nasz rozmówca jednak taką możliwość Nie był to meteoryt. Gdyby był, to doszłoby do poważnych uszkodzeń w infrastrukturze portu. Istnieją za to przypuszczenia badaczy, iż rozbić się mógł "Score", czyli pierwszy amerykański sztuczny stożkowy satelita telekomunikacyjny, który w okolicy dnia katastrofy spadał z orbity ziemskiej. Niektórzy mówią wręcz o tym, iż ubrano w skafander i wypuszczono w okolicy plaży ogoloną małpę, aby zatuszować zdobycie przez polski i radziecki wywiad najnowocześniejszej kosmicznej technologii Amerykanów - mówi badacz historii Gdyni. XXX » Brunetki » Nastolatka zgadza się na sprzątanie nago i seksMłodziutka latynoska zgodziła się pomóc swojemu sąsiadowi w porządkach w zamian za trochę kasy na nowy telefon. Nie spodziewa się jednak, że ma on dla niej kilka dodatkowych zadań. Ślicznotka dostaje propozycję sprzątania nago i chętnie się zgadza myśląc już o wypłacie. Wykonując pracę dostaje kolejną propozycję tym razem nieodpłatną, żeby poruchać się z gościem. Nastolatka posiada naprawdę piękne ciałko z jędrnymi piersiami i tyłeczkiem. Akceptuje jego zaproszenie i ciągle naga opierdala mu pałę na kolanach. Jest dość duża, więc gość ma potem mały problem ze zmieszczeniem się w jej ciasnej cipce, ale brunetka jest tak podniecona, że parka rucha się potem długo w kilku pozycjach, a jej ulubiona jest jak skacze na kutasie sąsiada. Znów się będę do czegoś przyznawał. Otóż około piętnastu lat temu, miałem swój pierwszy kontakt z Sistiemą (czasami pisaną jako Systema). Przyjechał wtedy do Warszawy, na zaproszenie dawno niewidzianego znajomego, jeden z bardziej zaawansowanych uczniów Michaiła Riabko. Co mnie wtedy podkusiło, żeby na te treningi pójść? Nie pomnę już. Przecież były to czasy, kiedy doktor Yang uber alles (oczywiście przepraszam za porównanie, ale biorę Jiuzhizy na świadka, że tak było). Pamiętam tylko, że zainspirował mnie motyw przewodni trzydniowego seminarium… A było to „Oddychanie”! No to ja se pokombinowałem i wykoncypowałem tak: Co oni mi mogą o oddychaniu powiedzieć? Ja TAI CHI ĆWICZĘ!!! A poza tym, w oddychaniu to ja miałem wtedy ponad 30 lat doświadczenia. W zasadzie to ja już wtedy mogłem takie seminarium sam poprowadzić. Tak było… Takie samo przeświadczenie o byciu wymiataczem już „se ne wrati”… Mam nadzieję. KO wymiatacz Sasza (tak było i pewnie nadal jest na imię temu Rosjaninowi) nie przejął się moimi, bez wątpienia, wysokimi umiejętnościami i seminarium poprowadził sam. Na początek powiedział „Dzień dobry, mam na imię Sasza i teraz będziemy ćwiczyli pompki” i tak przez cztery godziny. Z tą różnicą, że „dzień dobry” powiedział raz, a pompki rąbaliśmy non stop. Tego dnia przeszła mi jakakolwiek sympatia do RMA (Rusian Martial Arts). Wtedy pomyślałem sobie: „Zapłacone!? To tak jak na weselu – lepiej sr…a dostać niż ma się zmarnować. Co może być gorsze od czterech godzin pompek?”. Poszedłem na drugi dzień. A Sasza powiedział „dzień dobry” (on tej kindersztuby chyba ze Specnazu nie wyniósł) i dodał: „dziś będziemy biegać”. wracając z depilacji klaty No to musicie wiedzieć, że ja wtedy byłem w stanie przebiec czterysta dziesięć metrów. Skąd wiem, że czterysta dziesięć? Bo tyle miało okrążenie bocznego boiska na słynnej SKRZE (czekam aż ją otworzą). Ja przebiegałem JEDNO (sic) okrążenie, a potem przez 20 minut umierałem i czekałem aż tętno mi spadnie poniżej 220 na minutę. A tu, ktoś mi zaordynował cztery godziny różnego biegania. Ale wiecie co? Sasza mnie biegać nauczył. W następnym tygodniu po jego naukach przebiegłem CZTERY takie okrążenia, (no dobra – przetruchtałem, bo tempo było niewielkie) i przerwałem ten heroiczny wysiłek na wyraźne wezwanie Marka do rozpoczęcia ścieżki. Na czym polegała metoda? Nie będę opisywał, jak ktoś chce — chętnie pokażę. Ogólnie, to dość proste połączenie wysiłku fizycznego, kontroli oddechu i emocji. Wszystko. Ja to sobie do tej pory ćwiczę od czasu do czasu. Na dokładkę, kiedy teraz bywam na treningach Sistiemy (innej już szkoły), to raduje się moje serce, że i oni biegają wokół sali według dokładnie takiego samego rytu. Długi wstęp mi wyszedł? Rodor już pewnie śpi. Chcę tylko powiedzieć, że ja tę metodę przez lata łączyłem właśnie z Rosją, z RMA i z Sistiemą. A tu… (i tak właśnie płynnie przechodzimy do clou wpisu). Wpadła mi ostatnio w ręce książeczka: „Gimnastyka oddechowa — w obrazach z objaśnieniami”. NIE, nie lećcie do Empiku! Nie ma jej tam. Książka została wydana w 1927 roku. I cóż tam znajduję? Ano jedno z ćwiczeń nosi nazwę „Oddychanie w biegu”. Opisane jest tam bardzo podobne ćwiczenie do tego, które w tamtych latach pozwoliło mi nie umierać w czasie truchtania. Gimnastyka niemiecka… naprawdę różniła się od wersji skandynawskiej, bądź polskiej… Nie do końca identyczne, ale widać podobieństwo. Autorem powyższej książki jest Hans Surén. Zajrzałem do netu któż to taki. I zaczęło się. To taki niemiecki pisarz pierwszej połowy XX wieku. Autor książki „Ludzie i słońce”, w której propagował idee naturyzmu. Kilkaset tysięcy egzemplarzy wydrukowanych na całym świecie. Poza tym – autor książki „Niemiecka gimnastyka”. W latach trzydziestych XX wieku przeedytował swoją sztandarową książkę, dostosowując ją do nazistowskich trendów tamtych czasów. Ponoć jego książka, ta o słońcu i ludziach, była pod koniec lat trzydziestych ulubioną książką Adiego (ksywa „malarz”). To właśnie dzięki niemu (naszemu Hansowi) władze III Rzeszy pozwoliły na propagowanie i uprawianie naturyzmu. Ustawy te funkcjonowały jeszcze w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych przyczyniając się do popularności nagich plaż w DeDeeRówku. Hans Surén w mundurze od Guciego Sam Hans miał zdrowo… jakby to delikatnie ująć?… narobione i na dokładkę uklepane. Codziennie w nocy odbywał biegi terenowe po okolicznych lasach, oczywiście całkowicie na golaja (ponoć zwierzyna płowa do tej pory musi korzystać z usług wykwalifikowanych psychologów). Ogólnie twierdził, że życie nago jest jak najbardziej ok. Ale chodziło mu o to, że człowiek nie jest człowiekiem, tylko maszyną do prokreacji, a o maszyny trzeba dbać. Ku chwale wielkich Niemiec i furera. Ot, taka niemiecka kultura techniczna… Adolf lubił zamykać się z tą książką sam na sam… Hans skończył jednak słabo. W 1941 oskarżono go o różne czyny nieobyczajne, między innymi o jednoosobowy seks w miejscach publicznych. Wywalili go z partii, a dla równowagi wsadzili do obozu. Wojnę przeżył, a po jej zakończeniu zaszył się w domu i pisał jakieś filozoficzne dzieła o świeceniu pośladami (może to szczęście że nie skończył? 😉 ). W latach pięćdziesiątych XX wieku zrobili go honorowym (za przeproszeniem) członkiem Niemieckiego Towarzystwa Naturystycznego. Śmiesznie?! Trochę śmiesznie i trochę strasznie. Ale wróćmy do książki od której wyszedłem… Poza zdjęciami wypomadowanych golasów mającymi za zadanie pokazać jak należy oddychać, jest to fragment jakiegoś większego dzieła. Opisy ćwiczeń wyglądają sensownie i brak w nich jakiejkolwiek ideologii. Jest krótko i treściwie. Ciekawe, że tłumacz podpisał się tylko inicjałami. ćwiczenie medytacji w lewitacji (ilustracja z książki). Niemcy nazywają to Freikörperkultur Co z tego wynika? Zupełnie nic, jak z całej tej mojej pisaniny zresztą. Najprawdopodobniej nie da się udowodnić, że Rosjanie wywieźli swoje treningowe metody od nazistowskich fachowców. Choć za udowodnienie takiego zjawiska dostałbym talon na Poldka (i to Borewicza) od określonych sił politycznych. Jak dla mnie – pokazuje, że jakieś pomysły, idee treningowe pojawiają się w różnych częściach świata i żaden z tych pomysłów nie jest jedyny, niepowtarzalny, wyjątkowy i oryginalny. I że trening jest apolityczny, a to ludzie robią z tego bagno. Nawet Tai Chi, które jest moją pasją, jest po prostu czymś… po prostu. Od kiedy, udało mi się (przed samym sobą) obedrzeć je z nimbu, czegoś jedynego, kiedy już nie ma tego „Boksu najwyższej idei”, tego szczytowego osiągnięcia Chin (Ba! Całego świata), tych tysiącletnich tradycji – stał się czymś osiągalnym, czymś, nad czym trzeba pracować, a nie puszyć się zapłaceniem składki za zajęcia. Qrcze, przeczytałem, co napisałem… Może powinien czytać w trakcie? Jakby udało mi się wpleść w to masonów, rudych cyklistów i jamniczka proboszcza – wyszedłby mi z tego majstersztyk.

na golasa po lesie