Twoja przyjaźń wiele dla mnie znaczy. Dziękuję Ci! Szczęście śmieje się razem. Orhan Pamuk Uznanie Cytaty „Dziękuję” Czasami czujemy potrzebę głębokiego docenienia tego, co dało nam życie. Tak wielu ludzi dotknęło mojego serca i wywarło wpływ na mój świat. Jestem wdzięczny za każdą lekcję i doświadczenie edukacyjne.
Na początku rodzina mojego męża nie traktowała mnie zbyt dobrze. Jego matka otwarcie powiedziała mi, że nie nadaję się dla jej syna. Powiedziała, że oni pochodzą z inteligentnej rodziny, a ja jestem prostakiem. Moja teściowa jest nauczycielką, a jej rodzice są profesorami uniwersyteckimi.
Dla mojego męża – męski naszyjnik Orion™. ( 3 ) Wyobraź sobie jego reakcję, kiedy dajesz mu ten naszyjnik! Polerowana stal nierdzewna. Regulowana długość: 50 cm. Nie pozostawia plam. Piękne opakowanie z cytatem dedykowanym mu. Prezent, który na zawsze pozostaje w pamięci. Co za cudowna reakcja.
Katarzyna Kreft-Kielak to psychoterapeuta, psycholog. Na podstawie swojego doświadczenia i wykształcenia Katarzyna Kreft-Kielak oferuje usługi takie jak: psychoterapia depresji, psychoterapia indywidualna, psychoterapia partnerska, psychoterapia Gestalt, konsultacja psychoterapeutyczna (pierwsza wizyta), konsultacja psychoterapeutyczna dla
Wie tylko rodzina, znajomi i są też bezradni. Tak sobie myślę, że śmierć by była wyzwoleniem dla mnie. Mój były mąż Adam zawsze mi mówi jak mam się zabić, a on pochowa mnie w worku plastykowym. Tak chciałam być normalna, ale nie warto, bo moje życie to wiara w to, że jestem nikim, śmieciem, który nie ma po co żyć.
To zawsze szansa dla związku. Otwiera się przestrzeń do rozmowy: w jaką rutynę popadliśmy, co wymaga zaopiekowania, jak na nowo rozniecić ogień. Gdyby rozmowy nie pomogły, warto podjąć terapię dla par. Wszelkie relacje wymagają czujności, świadomości tego, co się dzieje, i odpowiedzialności.
XV6RjG. fot. Adobe Stock Aż podskoczyłam, kiedy tuż obok usłyszałam głos prezesa. Nie słyszałam, jak wchodzi do mojego gabinetu. – Pani Joanno, co pani tu jeszcze robi? – zapytał, a widząc moją reakcję, roześmiał się. – Ależ pani jest znerwicowana. To chyba z przepracowania, proszę się już zbierać do domu. Weekend się zaczął, mąż czeka. Mąż czeka… Wzdrygnęłam się ponownie, słysząc te słowa. No tak, niewątpliwie czeka. Z kolejnymi pretensjami i awanturą. Gdybym komukolwiek w firmie powiedziała, jak wygląda moje prawdziwe życie, chyba nikt by nie uwierzył. Tu jestem dyrektorem działu produkcji. Ode mnie zależy, czy dobrze rozdzielę robotę, czy wyrobimy się na czas z zamówieniem, czy w ogóle to zamówienie będzie. Ja decyduję, kto w dziale jest potrzebny, a kto nie, komu należy się premia, czy będziemy zwalniać czy zatrudniać. Dobrze wiem, że ludzie się mnie boją, chociaż staram się być uczciwym szefem. Ale zdaję sobie sprawę, że muszę zachować dystans, bo inaczej ludzie wejdą mi na głowę. A na to sobie nie mogę pozwolić. Słyszałam kiedyś, co mówią o mnie w firmie. To było na imprezie, ludzie wypili nieco wina, rozluźnili się. Poszłam do toalety i trochę mi zeszło, bo okazało się, że mam oczko i musiałam zmienić rajstopy. Miałam już wychodzić z kabiny, gdy usłyszałam, że do łazienki ktoś wszedł. Nie wiem, dlaczego zamarłam, wstrzymując oddech. – Nie jest źle – usłyszałam kobiecy głos, ale nie rozpoznałam, kto to mówi. – Wiesz, nawet nie podejrzewałam, że ta smoczyca może zorganizować taką fajną imprezę. – Smoczyca, to dobre – parsknęła druga kobieta, chyba pani Zosia z reklamy. – Pasuje do niej. – Pewnie, że pasuje. Czasem, jak do nas wpadnie i krzyczy, że robotę spowalniamy, to naprawdę mam wrażenie, że zaraz zacznie zionąć ogniem! – My niewiele mamy z nią do czynienia, ale fakt, że to nie jest ciepła babeczka – przytaknęła ta druga. Byłam niemal pewna, że to Zosia. – Na spotkaniach produkcyjnych aż wieje chłodem. Ciekawe, czy w domu też taka jest. A ona ma w ogóle rodzinę? – Z tego, co wiem, to ma męża, ale dzieci to chyba nie. – Takie jak ona, stawiają na karierę, a nie na rodzinę. Przez chwilę zastanawiałam się, o kim mówią, gdy nagle dotarło do mnie, że o mnie! Jestem jedyną kobietą na dyrektorskim stanowisku i to ja mam do czynienia i z działem produkcji, i z reklamą. Poczekałam, aż pójdą, i dopiero wtedy wyszłam z toalety. Szczerze mówiąc, nie za bardzo się przejęłam ich opinią. Chyba nawet byłam zadowolona, że tak mnie odbierają. Boją się mnie, a jednak trochę szanują, bo w tym, co mówiły, nie było nic upokarzającego. A na szacunku bardzo mi zależy. Chociaż w firmie, skoro nie mam go w domu. Bo w moim domu niepodzielnie rządzi mój mąż. To on dyktuje wszystkie warunki. Tak naprawdę, nie wiem, dlaczego się na to godzę i dlaczego nic z tym nie robię. Dziewczyny dobrze powiedziały – postawiłam na karierę, nie na rodzinę, dlatego nie mieliśmy dzieci. Mogłam więc spokojnie go zostawić, kazać mu się wynosić albo sama się wyprowadzić. Dlaczego tego nie zrobiłam? Chyba bałam się, że zostanę sama. A tego nie chciałam. Adama poznałam kilka lat temu, gdy dopiero zaczynałam karierę w branży. On wtedy był prezesem małej firmy. Dużo pracował, mieliśmy mało czasu dla siebie, więc było logiczne, że każda chwila była podporządkowana jego rozkładowi dnia. On też decydował o tym, na co wydamy pieniądze – ja zarabiałam niewiele, jego stać było na wszystko. Być może, gdybym wtedy się postawiła, tupnęłabym nogą i nie pozwoliłabym sobą rządzić, nasze życie zupełnie inaczej by się potoczyło. Ale ja byłam młoda, głupia, wydawało mi się, że wychodząc za Adama, złapałam pan Boga za nogi. Byłam szczęśliwa, że mam bogatego faceta, że mieszkam w pięknym domku z ogródkiem, że już na początku samodzielnego życia mam wszystko, o czym większość kobiet przez całe życie może tylko pomarzyć. Dzieci? On ich nie chciał, ja też nie. Postawiłam na karierę, zwłaszcza że Adam sobie tego życzył. To on mi tłukł do głowy, że z moim wykształceniem powinnam być co najmniej dyrektorem. No więc go posłuchałam. Czy tego żałuję? Nie wiem. W ogóle do niedawna nie zastanawiałam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym nie wyszła za Adama, czy byłoby inaczej, lepiej? Może miałabym dzieci, bo nigdy nie odrzucałam tej myśli. Teraz jest już za późno. Nie dlatego, że jestem za stara, ale dlatego, że z takim facetem jak Adam nie chcę ich mieć. On zresztą jest przeciwny powiększaniu rodziny, więc nie ma o czym mówić. I co jeszcze byłoby inaczej? Może byłabym szczęśliwa? Bo z nim nie jestem. Tak naprawdę, to odpoczywam i spokojnie oddycham tylko w pracy. W domu jestem nikim. Adam mnie nie bije, ale poniża. Nigdy za nic mnie nie pochwalił, za to ciągle słyszę, że coś robię źle. A to fatalnie przyprawiłam mięso, a to spaliłam ciasto, a to przesłodziłam deser. Nie umiem ładnie podać posiłku, źle parzę kawę. Na kwiatach też się nie znam – to przeze mnie nie przyjęły się nasze różane krzewy. A kiedy najęłam ogrodnika, zaraz mi zarzucił, że wyrzucam pieniądze, zamiast wziąć się do roboty. Gdy zostałam dyrektorem, usłyszałam zamiast gratulacji ostrzeżenie, że teraz poznam prawdziwe życie. On, prezes od lat, to życie przecież już dobrze znał! Pretensje były o wszystko. A to zatrudniłam fatalną sprzątaczkę, która nic nie umie robić, a to źle uprasowałam mu koszulę. Gdy odpierałam zarzuty, mówiąc, żeby w takim razie sam sobie prasował albo sam najął sprzątaczkę, słyszałam, że do niczego się nie nadaję, nawet ludzi nie umiem zatrudniać. A w takim razie, co ze mnie za pani dyrektor?! W pewnym momencie przestałam gotować. Bo miałam dużo pracy i wracałam późnym wieczorem do domu. Najpierw twierdził, że jestem złą żoną, bo o niego nie dbam. A gdy szykowałam posiłek poprzedniego dnia, żeby po powrocie z pracy mógł sobie odgrzać, mówił, że woli jadać na mieście, niż babrać się w tym, co ja zrobiłam. Stanęło więc na tym, że ja jadałam w firmie, on sam sobie radził. W weekendy bywało różnie, ale jeżeli byłam w domu i coś przyrządziłam, musiałam się liczyć z jego krytyką. Nie powstrzymywali go nawet goście! Czasem odwiedzali nas znajomi, a ja szykowałam wówczas przekąski, sałatki, włoskie albo orientalne danie. Nie mógł odmówić sobie satysfakcji, zawsze musiał powiedzieć, że coś przesoliłam, przypaliłam, że jest mdłe… No i nigdy nie wyglądałam tak, jak należy! Jego zdaniem, nie umiałam się umalować ani ubrać, a fryzurę miałam dobrą tylko wówczas, gdy wróciłam prosto od fryzjera. Ale wówczas musiałam się nasłuchać, że niepotrzebnie wydaję pieniądze, bo gdybym umiała się uczesać, to nie musiałabym latać ciągle po salonach. Kiedyś go zapytałam, dlaczego ma taką obsesję na punkcie pieniędzy. Przecież zarabialiśmy dużo więcej, niż mogliśmy wydać, nawet biorąc pod uwagę moje wyprawy do kosmetyczki i coroczne, zagraniczne wycieczki. Usłyszałam wówczas, że tylko dzięki jego oszczędności stać nas na wszystko. Moje zarobki, obecnie niewiele mniejsze od jego, potraktował lekceważąco! Dlatego właśnie wolałam siedzieć w pracy. Tu mnie szanowano, nikt mnie nie poniżał, nikt nie traktował lekceważąco tego, co robię. Więcej – na każdym kroku dostawałam dowody na to, że dobrze pracuję, że znam się na rzeczy, że jestem odpowiedzialna, zaradna, fachowa… Zupełnie inaczej niż w domu. To w firmie miałam bratnie dusze, męża traktowałam raczej jak zło konieczne. Dlaczego więc go znoszę? Przecież nawet gdyby się uparł i zabrał mi dom, to i tak stać by mnie było na nowy. Musiałabym wziąć kredyt, ale mam oszczędności, lokaty, no i wysokie zarobki. Więc dlaczego? Myślę, że chyba naprawdę chodzi o tę samotność. Warczy bo warczy, poniża, awanturuje się, ale jest. Boję się, że jestem za stara na nowe związki, na szukanie nowego partnera. Mam 36 lat, faceci w moim wieku są już zazwyczaj żonaci, mają rodziny. Zresztą, przez swoje życie i pracę nie mam zbyt wielu znajomych. Wracałabym więc do pustego domu. A samotności boję się najbardziej na świecie. Może kiedyś zmienię zdanie, może dojrzeję do tego, żeby naprawdę być samodzielną i – mam nadzieję – szczęśliwą kobietą. Ale na razie wyłączę komputer, wezmę torebkę i pojadę do domu. Tam położę uszy po sobie i z zaradnej pani dyrektor zmienię się w potulną, „beznadziejną” żonę. Jak co dzień, przejdę tę swoją metamorfozę, w którą nikt z moich współpracowników by nie uwierzył. Przeczytaj więcej listów do redakcji:„Jadę na pierwsze wakacje ze swoim facetem i wstydzę się włożyć bikini. Nienawidzę swojego ciała”„Mój syn należy do społeczności LGBT. Przestańcie mówić mi, że nie jest człowiekiem”„Koledzy mojego faceta śmieją się, że jestem gruba i brzydka”
nienawidzę mojego męża! 17 lis 2013 - 17:50:51 Witam! Jestem po ślubie prawie 4 lata, jedyne co mnie trzyma przy mężu to dziecko. Dla męża jestem nikim, mieszkam w domu teściów, nie mamy nic swojego ale dla mojego męża męża wszystko wydaje się być w porządku. Usłyszałam od teściów wiele przykrych słów, mąż nigdy nie stanął po mojej stronie, za to na nich nie pozwolił powiedzieć złego słowa. Mąż spełnia wszystkie ich zachcianki jest takim parobkiem od brudnej roboty a mnie ma za nic, zresztą całą moją rodzinę też. Nie wiem co mam dalej w tym temacie robić, jak długo to jeszcze wytrzymam, przez cztery lata małżeństwa więcej się nie odzywamy niż odzywamy. Nie wiem czy kiedykolwiek będzie jeszcze dobrze, chyba czas już skończyć ten związek ale żal mi dziecka, bo bardzo jest za swoim tata. Nie wiem zupełnie co mam robić.... Boję się też co ludzie będą gadać.... Zmieniany 1 raz(y). Ostatnia zmiana 2013-11-17 17:55 przez izulka2107. nienawidzę mojego męża! 17 lis 2013 - 17:53:18 po pierwsze nie myśl, że żal ci dziecka. Dziecku lepiej wychowywać się z 1 rodzicem niż wysłuchiwać kłótni i poniżań. Moim zdaniem powinnaś odejść od męża i w końcu zacząć żyć nienawidzę mojego męża! 17 lis 2013 - 17:55:27 jesteś nieszczęsliwa bo ludzie będa gadac? no to ładnie w tym świecie się dzieje... a dziecko? siety przykład rodzinki... Lepiej zebydziecko wychowywało sie w niepełnej rodzinie i widziało mamę szcześliwą. Zreszta życie jest za krótkie... przeciez dziecko może widywac się z ojcm, ale niech patrzy na zdrowe relacje rodziców... Nie rozumiem takich ludzi co na siłe ze sobą są, zaraz zycie Tobie mini i co się na końcu okaże, że było do dup... Zmieniany 1 raz(y). Ostatnia zmiana 2013-11-17 17:56 przez truskawka_ang. nienawidzę mojego męża! 17 lis 2013 - 17:56:50 przykra sprawa, a Ty pracujesz? Twój mąż boi się swoich rodziców czy jak... bo z Twojego opisu tak to wygląda, masakra nie macie swojego życia i dlatego się popsuło między wami, takie moje zdanie nienawidzę mojego męża! 17 lis 2013 - 17:59:07 Odejdź od męża i udowodnij, że jesteś coś warta . Sama lepiej wychowasz dziecko, a bynajmniej nie musisz dziecku mocno ograniczać widzeń z ojcem . Sama będziesz dużo szczęśliwsza nienawidzę mojego męża! 17 lis 2013 - 17:59:50 Przed ślubem wydawał się być inny, był czuły opiekuńczy. Nie myślałam, że okaże się takim mamim synkiem. Nawet już w łóżku się go brzydzę. Ale jednak coś mnie przy nim trzyma, wiem że jestem głupia ale nie mogę się tak po prostu spakować i go zostawić... Najgorsze jest to, że pracujemy w tej samej firmie Zmieniany 1 raz(y). Ostatnia zmiana 2013-11-17 18:00 przez izulka2107. nienawidzę mojego męża! 17 lis 2013 - 18:02:53 . Zmieniany 1 raz(y). Ostatnia zmiana 2013-11-19 10:25 przez mrowka5012. nienawidzę mojego męża! 17 lis 2013 - 18:06:22 dziecko na pewno bedzie szczesliwsze jak sie rozwiedziecie niz jak bedzie patrzylo na to że jego rodzice sie kloca, traktuja sie jakby byli dla siebie obcy itd... a z wiekiem coraz bardziej bedzie to widziało. Poza tym dziecko dorośnie, wyprowadzi sie, zacznie prowadzic swoje życie a Ty zostaniesz wtedy sama i bedziesz sobie plula w brode ze nie skonczylas tego malzenstwa gdy bylas jeszcze mloda i moglas zupełnie inaczej ułożyć swoje życie. nienawidzę mojego męża! 17 lis 2013 - 18:07:09 A nie myśleliście o tym aby się wyprowadzić, pójść na swoje? Może wtedy się coś zmieni. Bo takie życie z teściami zwłaszcza jeszcze jak facet jest przesadnie z nimi związany nie prowadzi do niczego dobrego. nienawidzę mojego męża! 17 lis 2013 - 18:08:07 ja na twoim miejscu bym nie męczyła się z taką rodziną. A twoje dziecko przecież regularnie by się spotykało z ojcem nienawidzę mojego męża! 17 lis 2013 - 18:08:36 Cytatizulka2107 Przed ślubem wydawał się być inny, był czuły opiekuńczy. Nie myślałam, że okaże się takim mamim synkiem. Nawet już w łóżku się go brzydzę. Ale jednak coś mnie przy nim trzyma, wiem że jestem głupia ale nie mogę się tak po prostu spakować i go zostawić... Najgorsze jest to, że pracujemy w tej samej firmie owszem możesz. tak jakbym słyszała kobiete "on mnie bije, ale przecież nie moge od niego odejśc", owszem może. A jak nie chcesz odejść to po co ten wątkek i żale? Albo działasz albo nie i zyjesz tak jak teraz, nie ma innej opcji. nienawidzę mojego męża! 17 lis 2013 - 18:08:50 no t sie nie dziwie ze go nienawidzisz bo widzisz ja moze po slubie nie jestem ale do niego napewno nie dojdzie mieszkam z chlopakiem od lat i teraz dopiero dochodzi do mnie ze to nie jest to za to jak on mnie traktuje jak smieciem czasem nie jest latwo za duzo szans dawaqlam nie mowie ze zawsze bylam swieta ale nie traktowalam tak drugiego czlowieka... Tobie radze odejsc niejedna moja znajoma odeszla od swojego meza i jest teraz szczesliwsza dziecko moze sie widziec z ojcem a ty bedziesz inaczej lepiej zyc ! nienawidzę mojego męża! 17 lis 2013 - 18:17:03 wychowałąm sie w niepełnej rodzinie , nigdy z tego powodu nie czułąm sie gorsza wiec kwestia dziecko bez ojca dla mnie oczywista , dziecko z jednym z rodziców m oże być równie szceśliwe jak dzieci z pełnych rodzin a neawet szcześliwsze niż dzieci z "chorych rodzin" wg mnie nie dojdziecie do porozumienia jeali nie bedzeieci sami, w twoim opisie pełno "ich"-teściów podział na twoja i moja rodzina to nie pozwoli nigdy na normalne relacje postaw warunek albo sami próbujemy budowac nas zwiazek bez cienia rodziców teściów -nas was ich itp albo nie ma sensu tego ciągnac życze powodzenia i zdecydowania nienawidzę mojego męża! 17 lis 2013 - 18:19:16 Cytatsoso dziecko na pewno bedzie szczesliwsze jak sie rozwiedziecie niz jak bedzie patrzylo na to że jego rodzice sie kloca, traktuja sie jakby byli dla siebie obcy itd... a z wiekiem coraz bardziej bedzie to widziało. Poza tym dziecko dorośnie, wyprowadzi sie, zacznie prowadzic swoje życie a Ty zostaniesz wtedy sama i bedziesz sobie plula w brode ze nie skonczylas tego malzenstwa gdy bylas jeszcze mloda i moglas zupełnie inaczej ułożyć swoje życie. dokładnie, zadbaj o siebie i o swoje dziecko, a na pewno szczęśliwsze będzie kiedy nie będzie wysłuchiwało całe zycie kłótni rodziców... wiem cos o tym, moi rodzice się rozwiedli jak miałam 13 lat, zanim jednak to się stało, ja bez przerwy słyszalam krzyki, kłotnie . To było straszne, mimo, że kocham i mamę i tatę, cieszę się, że nie są razem. Teraz oboje są szczesliwi w innych związkach a ja utrzymuje z nimi bardzo dobry kontakt. Więc zastanów się co będzie lepsze dla Ciebie i dziecka, bo na pewno nie bedzie to życie z rodzicami którzy się w prost nienawidzą... Przykro nam, ale tylko zarejestrowane osoby mogą pisać na tym forum.
Dołączył: 2008-12-30 Miasto: Racibórz Liczba postów: 253 21 czerwca 2012, 12:12 Tak tak, to miłość jeszcze z podstawówki. Jestem w nim zakochana od 18 lat. MASAKRA. Myślałam, że jak wyjdę za mąż to o nim zapomnę. Ale niestety tak się nie stało. Nadal jak go spotykam serce mi mocniej bije a nogi robią się jak z waty, nadal o nim śnię i marze. MASAKRA. Ktoś się zapyta dlaczego nie jestem z moją największą miłością. Dlatego, że on należał do tzw. cool chłopaków, ciacho, najprzystojniejszy chłopak w szkole itp. A ja szara myszka, nie za grupa ale nie super lachon. Nie zwracał na mnie w ogóle uwagiByłam nikim dla niego!!! A ja bez niego nie potrafię oddychać EDITNie takich odpowiedzi się spodziewałam. Wszyscy bronią mojego męża. Mnie oskarżają. Poniekąd niektórzy mają racę. Być może ta miłość siedzi w mojej głowie, idealizuje innego mężczyznę. Tak to napewno też jest w mojej podświadomości. Ale muszę napisać coś w mojej obronie. WYSZŁAM ZA MĄŻ Z MIŁOŚCI. POŚWIĘCIŁAM DLA MOJEGO MĘŻA WSZYSTKO. DOSŁOWNIE. RODZINĘ, WYKSZTAŁCENIE, KARIERĘ I RZECZY KTÓRE KOCHAŁAM. Z MIŁOŚCI TEŻ URODZIŁAM CHCIELIŚMY I TAK POSTANOWILIŚMY. NIESTETY PO ROKU MAŁŻEŃSTWA POMAŁU WSZYSTKO WYCHODZIŁO NA JAW JAKI JEST NAPRAWDĘ. NAJGORSZE JEST ZNĘCANIE SIĘ PSYCHICZNE. PRZEMOC PSYCHICZNA KTÓRĄ CIĘŻKO UDOWODNIĆ BO NIE POZOSTAWIA SINIAKÓW CZY BLIZN JAK PRZEMOC FIZYCZNA. JAK MNIE JUŻ ZRÓWNA Z BŁOTEM I OD NAJGORSZYCH TO POTEM ŚMIEJE MI SIĘ PROSTO W TWARZ I MÓWI "CIEKAWE KIEDY ZAMKNĄ CIĘ W PSYCHIATRYKU" ALBO "IDŹ, SKACZ Z BALKONU" .................PRZED LUDŹMI UDAJE SUPER NOSI CIĘŻKIE SIATKI Z ZAKUPAMI, ZAJMUJE SIĘ DZIECKIEM ITP. A JAK NIKT NIE WIDZI TO WIADOMO.........TRAKTUJE JAK SŁUŻĄCĄ, NIEWOLNICĘ I JAK ŚMIECIAPOTRAFI POWIEDZIEĆ "KOCHAM CIĘ" A ZA CHWILKĘ POWIE, ŻE JESTEM NIKIM, NIEUDACZNIKIEM, BEZNADZIEJNA, (OCZYWIŚCIE TO SĄ TYLKO TE CENZURALNE OKREŚLENIA TYCH NA K... I INNE NIE WYMIENIAM) OCZYWIŚCIE NIE JEST ŁATWO OPISAĆ CAŁĄ TĄ SYTUACJĘ. I TEŻ BY DNIA ZABRAKŁO ABY ODDAĆ CAŁY OBRAZ PRAWDZIWEJ ATMOSFERZE. BYĆ MOŻE DLATEGO W MYŚLACH CHCĘ UCIEC OD TEGO CHAOSU KTÓRY PANUJE W MOIM ŻYCIU. NAPRAWDĘ NIE JEST CIEKAWIE. CHCE MI SIĘ PŁAKAĆ. Edytowany przez Panchik 21 czerwca 2012, 14:06 Dołączył: 2007-09-10 Miasto: To Tu To Tam Liczba postów: 8162 21 czerwca 2012, 12:14 mysle, ze to zadna milosc a chora obsesja. wyidealizowalas sobie kogos, kogo najwidoczniej nawet nie tnasz wcale dobrze. chodzenie razem do jednej podstawowki to jeszcze zadna znajomosc. Jak moglas za t, zrobic cos takiego swemu obecnemu mezowi? Dołączył: 2011-05-06 Miasto: Nowy Jork Liczba postów: 1679 21 czerwca 2012, 12:16 Mi sie wydaje ze to nie jest milosc (bez urazy), tylko Twoje niedoscignione, mlodziencze marzenie. Wyobrazasz sobie go jako ideal, nieosiagalny, idealizujesz go w swojej glowie, dorabiasz historie. Znacie sie dobrze? Jak dobrze? Jestescie kolegami, przyjaciolmi? Kiedykolwiek byliscie razem? Wiesz jaki jest na codzien, jaki jest w zwiazku? Mysle, ze bardzo prawdopodbne jest to ze gdybys poznala go blizej i 'pobyla z nim' to ta milosc by prysnela... ale oczywiscie moge sie mylic. Dołączył: 2008-12-30 Miasto: Racibórz Liczba postów: 253 21 czerwca 2012, 12:20 nie no znamy się bardzo dobrze. Cały czas nasze drogi się jednak mijały. Później on zaczął coś do mnie czuć a ja na złość mu go odrzuciłam. Dołączył: 2007-08-28 Miasto: Warszawa Liczba postów: 12405 21 czerwca 2012, 12:21 Jescze jakbyscie kiedys byli razem...ale tak? zgadzam sie z powyzsyzmi odpowiedziami..to jest platoniczne go nie problem jest nastepujacy: co z Twoim mezem..?ps doczytalam, ze go znasz i ze go odrzucilas co nie zmienia faktu, ze z nim nie bylas i nie wiesz czy by Wam wyszlo itd. mniejsza z wiem co poradzic, ja bym nie wychodzila za czlowieka, ktorego nie kocham..to za powazna decyzja. Edytowany przez Mandaryneczka 21 czerwca 2012, 12:22 Dołączył: 2011-12-18 Miasto: Czekoladolandia Liczba postów: 2317 21 czerwca 2012, 12:23 historia żywcem wyrwana z harlequinu!:D Dołączył: 2007-07-09 Miasto: Wrocław Liczba postów: 4855 21 czerwca 2012, 12:24 Skoro nie byłaś szczęśliwa wychodząc za swojego męża i myślałaś wciąż o tamtym mężczyźnie, to po co w ogóle ten ślub? Na siłę? By nie być samotną? Chyba dlatego właśnie są rozwody :/Moja rada jest jedna: jeżeli kochasz swojego męża, i chcesz żeby on był szczęśliwy z Tobą, to lepiej zapomnij o tej "miłości" ze szkolnych lat.
– Nie chcę mieć dzieci. To moja świadoma i ostateczna decyzja. Dlatego proszę mnie więcej nie pytać o to, czy jestem w ciąży. Nie jestem i nie będę – wypaliłam. Na sali zapanowała najpierw kompletna cisza, a potem... rozgorzała gorąca dyskusja. Dlaczego ludzie uzurpują sobie prawo do wtrącania się w moje życie, do tego w tak intymną jego część. Podjęłam już decyzję co do mojego macierzyństwa i nikomu nic do tego! Dzieci nie mam z wyboru Może to dziwne, ale jakoś nigdy nie miałam instynktu macierzyńskiego. Kiedy moje koleżanki z pracy z dumą prezentowały swoje rosnące brzuszki, ja z niepokojem czekałam na wynik testu ciążowego. I oddychałam z ulgą, gdy okazywało się, że jest ujemny. – Zobaczysz, i na ciebie przyjdzie kiedyś czas. Ja też na początku nie chciałam, a teraz zobacz, z niecierpliwością czekam na drugie – tłumaczyła mi moja najlepsza przyjaciółka, Iwona, która podobnie jak ja wyszła za mąż blisko trzydziestki i zarzekała się, że nigdy nie będzie miała dzieci. – Pewnie masz rację – przytakiwałam jej, ale gdzieś tam w głębi duszy czułam, że to „kiedyś” nigdy nie nastąpi. I rzeczywiście, mijały lata, a moja niechęć do macierzyństwa wcale nie słabła. Wręcz przeciwnie – po opowieściach moich koleżanek o nieprzespanych nocach i chronicznym braku wolnego czasu jeszcze wzrastała. Kiedy więc one rodziły kolejne dzieci, ja i mąż przygarnialiśmy… kolejne bezdomne psy. Najpierw Ambrożego, potem Kufla i Alberta. Kochaliśmy je nad życie. Znajomi śmiali się, że to one stały się naszymi dziećmi Jakieś podobieństwo rzeczywiście było – poświęcaliśmy im niemal każdą wolną chwilę, a one robiły z nami, co chciały… Czasem miałam wrażenie, że obowiązującym językiem w naszym domu powinno być szczekanie. Mąż przyjął ze zrozumieniem moją decyzję o tym, że nie zamierzam mieć dzieci. Nie naciskał, nie nalegał. Był starszym ode mnie rozwodnikiem, miał syna i córkę z pierwszego małżeństwa. – Ja tam już o przyrost naturalny zadbałem, statystycznie jestem więc w porządku. Ale gdybyś zmieniła zdanie, jestem gotów – śmiał się. Myślę, że mu się podobało to nasze bezdzietne małżeństwo. Cieszył się, że mam do kochania tylko jego i że nie musi się moją miłością z nikim dzielić. Mieliśmy czas tylko dla siebie i byliśmy szczęśliwi. Gorzej było z naszą rodziną Najbliżsi, zwłaszcza ze strony męża, nie dawali nam spokoju. Jurek wychował się w tradycyjnej, śląskiej rodzinie. Tam posiadanie przynajmniej dwójki dzieci było niemal obowiązkowe. O matko, ile ich było! Ciotki, wujkowie… Rodzeństwo, cioteczni bracia, siostry. Ich dzieci, wnuki… Aby wszyscy mogli zasiąść przy jednym stole, trzeba było wynajmować salę weselną. „No kochani, kiedy wreszcie będzie was troje? Może za mało się staracie?” – dopytywali się w czasie takich spotkań, patrząc na mnie znacząco. Strasznie mnie to denerwowało. – Dlaczego twoje ciotki włażą z butami w nasze życie? Przecież to prywatna sprawa. Nie zamierzam im się z niczego tłumaczyć – denerwowałam się. – Daj spokój, wiesz, jakie one są… Dla nich dzieci to największe szczęście, cel życia każdej kobiety. W głowie im się nie mieści, że można świadomie zrezygnować z macierzyństwa. Dla świętego spokoju musisz lawirować. Kiedyś odpuszczą – tłumaczył. Na początku lawirowałam. Dla męża Nie chciałam, żeby w rodzinie gadali, że wziął sobie za żonę jakieś dziwadło. Udawałam więc, że nie słyszę tych wszystkich pytań albo szybko zmieniałam temat. Kiedy to nie skutkowało, mówiłam, że nie jestem jeszcze gotowa do macierzyństwa, że mam bardzo absorbującą pracę albo że na dziecko nas nie stać, bo musimy spłacać duży kredyt. Te odpowiedzi nikogo jednak nie zadowalały. „Nie gotowa? Co ty opowiadasz, przecież każda kobieta jest na TO gotowa”. „Absorbująca praca? To nie powód, by rezygnować z dziecka. Nasze powołanie to macierzyństwo”. „Kredyt? Wiele małżeństw żyje na kredyt i to im nie przeszkadza w powiększaniu rodziny” – słyszałam. Doszło do tego, że moja ciąża stała się głównym tematem wszystkich rodzinnych spotkań. Kiedy tylko pojawialiśmy się na jakichś imieninach, urodzinach czy chrzcinach, zawsze słyszałam to samo: „Kasiu, czy już jesteś przy nadziei?”. Gdy odpowiadałam, że nie, pytający nie kryli zawodu. Miałam tego serdecznie dosyć Chciałam załatwić tę sprawę raz na zawsze. Okazja nadarzyła się podczas wielkiego przyjęcia z okazji złotych godów teściów. Znowu padło wiadome pytanie, i nie wytrzymałam. Wstałam i powiedziałam, że chcę coś ogłosić. Mąż chyba wyczuł, o co mi chodzi, bo zaczął mnie kopać w kostkę. Ale ja nie zamierzałam wcale przestać. Pamiętam, że wszyscy zwrócili się w moją stronę. Pewnie myśleli, że wreszcie obwieszczę wszem i wobec, że zostaniemy rodzicami. – Nie chcę mieć dzieci. To moja świadoma i ostateczna decyzja. Dlatego proszę mnie więcej nie pytać o to, czy jestem w ciąży. Nie jestem i nie będę – wypaliłam. Na sali zapanowała najpierw kompletna cisza, a potem... rozgorzała gorąca dyskusja. Jedni mówili, że jestem egoistką i myślę tylko o swoich przyjemnościach, jeszcze inni próbowali mnie przekonywać i mówić, co tracę: tupot małych stópek, radosne uśmiechy, no i herbatę na starość. – Zobaczysz, kiedy będzie już za późno, pożałujesz swojej decyzji – powiedziała teściowa, kończąc dyskusję. Do końca wieczoru wszyscy patrzyli na mnie krzywo Czułam, że mam w rodzinie przechlapane. – No i po co się odzywałaś! Zepsułaś całą imprezę, a przy okazji sprawiłaś mamie wielką przykrość! – strofował mnie po powrocie do domu mąż. Strasznie mnie to wkurzyło. – Przykrość? To mnie jest przykro, że wszyscy ciągle zadają mi te głupie pytania. To moje życie i innym nic do tego! – krzyknęłam. Więcej się nie odezwał, ale byłam przekonana, że ma do mnie pretensję. Przez kolejne lata miałam spokój. Nikt w rodzinie nie wracał do tematu. Nawet nie było zbyt wielu okazji, bo nie zapraszano nas już tak często, jak kiedyś. Czułam, że to przeze mnie. Mąż nigdy mi tego nie wypominał, ale widziałam, że mu z tym trudno Kiedy więc dostaliśmy zaproszenie na ślub córki jego kuzynki, aż podskoczył z radości. – No to wreszcie się pobawimy na prawdziwym śląskim weselu! – cieszył się. Zabawa rzeczywiście była przednia. A i rodzina nie patrzyła już na mnie tak krzywo, jak wcześniej. Właśnie mieliśmy po raz kolejny wypić zdrowie młodej pary, gdy do naszego stołu przysiadła się ciotka Eliza. Nie było jej w Polsce od 15 lat i krążyła od stolika do stolika, próbując nadrobić towarzyskie zaległości. Kiedy już wreszcie dowiedziała się, kto jest kim i z kim, zaczęła przyglądać się nam badawczo. – A właściwie dlaczego wy nie macie dzieci? Przecież jesteście z dziesięć lat po ślubie! – wykrzyknęła na całą salę. Zamarłam. „No i znowu to samo” – pomyślałam załamana. Już chciałam wstać i wyjść, gdy usłyszałam głos męża. – Ależ ciociu, my mamy dzieci. Trzech synów – mówił. A potem wyjął z portfela zdjęcia naszych psów. – Proszę, to jest Ambroży, najstarszy. Straszny z niego rozrabiaka. A to bliźniaki Kufel i Albert. Aż trudno uwierzyć, że są braćmi, prawda? Jeden czarny, a drugi biszkoptowy – tłumaczył. Ciocia wyglądała na kompletnie zaskoczoną. – Ale Jerzy, przecież to są psy. Nie powinieneś tak żartować. Ja pytam poważnie – przerwała mu. – Psy? Naprawdę? To dziwne… Próbowaliśmy z Kasią, próbowaliśmy i takie coś wyszło. Więc kochamy nad życie – odparł mój mąż. Spojrzałam na siedzących obok nas teściów. Jeszcze próbowali nad sobą panować, ale po chwili wybuchnęli śmiechem. – Zdrowie wszystkich dzieci świata! Niezależnie od tego, jak wyglądają! – wzniósł toast mój mąż. Wypili wszyscy. Katarzyna, lat 35 Czytaj także: „Córka zapragnęła mieć rodzeństwo, bo wszystkie jej koleżanki miały. To ona nas zmusiła, żebyśmy mieli drugie dziecko” „Nikoś urodził się w 26. tygodniu ciąży. Lekarze zapytali, czy chcemy go ratować. Jak matka może podjąć taką decyzję?” „Mąż co miesiąc pytał ją, czy jest już w ciąży. Traktował jak wybrakowany towar. To było upokarzające i bolesne”
60 lat temu Marta Lipińska otrzymała angaż do Teatru Współczesnego w Warszawie, gdzie z sukcesami pracuje do dziś. To tu rolą Iriny debiutowała u Erwina Axera w spektaklu "Trzy siostry" W rozmowie z Onetem aktorka opowiada o łączeniu życia prywatnego z zawodowym, gdzie towarzyszy jej mąż i dyrektor Teatru Współczesnego Maciej Englert — Oczywiście, że przychodziły trudne momenty. Czasem zostawałam zupełnie sama z dziećmi. Ale nasze małżeństwo przetrwało cięższe chwile — przyznaje Aktorka wspomina ostatnie spotkanie ze swoim wieloletnim, scenicznym, ekranowym i radiowym partnerem Krzysztofem Kowalewskim: — Chyba dla wszystkich było oczywiste, że się żegnamy, trudno było tego nie widzieć — Cenię sobie pracę w radio, ale byle gdzie nie pójdę. Mam swoją filozofię życiową i swoje sposoby, żeby wspierać rzeczy dobre, i nie wszyscy muszą o tym wiedzieć — mówi z kolei w kontekście Trójki i zaangażowania społecznego Więcej takich rozmów znajdziesz na stronie głównej Onetu Spotykamy się w Teatrze Współczesnym w Warszawie. To tutaj dokładnie 60 lat temu Marta Lipińska debiutowała w spektaklu "Trzy siostry" w reżyserii Erwina Axera. Dawid Dudko: Nazywa pani to miejsce swoim domem? Marta Lipińska*: Tak, to jest na pewno mój drugi dom. Reżyserów i reżyserek, z którymi się pani tutaj spotkała, było sporo, to Erwin Axer, Jerzy Kreczmar, Maciej Prus, Wojciech Adamczyk, Izabella Cywińska... Ale najczęściej pojawia się jedno nazwisko. Oczywiście Maciej Englert. To dla mnie wielkie szczęście, że jest tak dobrym reżyserem i dlatego tak chętnie biorę udział w jego realizacjach, nawet z niewielkimi zadaniami, jak np. Annuszka w "Mistrzu i Małgorzacie" czy sekretarka w "Księżycu i magnoliach". Ale nigdy nie grałam roli nie dla mnie, zawsze byłam w tzw. optymalnej obsadzie dla dobra sztuki i teatru. Raz jednak przeżyłam małą przygodę, zaproszona do występów gościnnych w jednym z teatrów warszawskich. Kiedy na którejś z prób zobaczyłam wzrok aktorek mówiący "a dlaczego nie gra tego aktorka z naszego zespołu", nie wytrzymałam presji i podziękowałam. A czy dyrektorowi Englertowi kiedyś pani podziękowała? Nie, to byłaby niesubordynacja. Każdy projekt, na który się decyduję, jest w teatrze bardzo przemyślany i konsultowany z wieloma osobami. Adam Ferency (Asasello) i Marta Lipińska (Annuszka) w spektaklu "Mistrz i Małgorzata", reż. Maciej Englert (1987). "Wypatrzył mnie w szkole na jednym z egzaminów..." Oboje z panem Maciejem słyniecie z artystycznej wierności. Pani przez ponad pół wieku jest aktorką Teatru Współczesnego, pan Maciej jako dyrektor Współczesnego ma najdłuższy staż w Polsce. Dokładnie dziś, gdy rozmawiamy, mija 60 lat, odkąd podpisałam tzw. angaż do Teatru Współczesnego z Erwinem Axerem, ówczesnym dyrektorem. Jeszcze nie skończyłam roku akademickiego, a już byłam zaproszona do grania Iriny w "Trzech siostrach" Czechowa. Wielu ludzi marzyło, by się tutaj dostać. To był świetny teatr. I nadal jest. Koledzy i koleżanki mówili "Lipińska-szczęściara"? Chyba nie, bo nikt z mojego roku wtedy w "konkursie" nie startował. Axer podobno wypatrzył mnie w szkole teatralnej na jednym z egzaminów. Wybrał optymalnie, bo do roli Iriny potrzebny był ktoś bardzo, bardzo młodo wyglądający. Poza tym byłam pełna zapału i bardzo pracowita. Jak przyjęto panią w teatrze? Bardzo życzliwie, zresztą to zawsze był zespół z wielką klasą, zawsze miło przyjmujący młodych. W obsadzie "Trzech sióstr" byli Zbigniew Zapasiewicz, Halina Mikołajska, Zofia Mrozowska, Tadeusz Łomnicki… Trudno młodej absolwentce PWST, dziś AT, stawało się na jednej scenie z legendami? Wprost przeciwnie, było cudownie, szybko zaprzyjaźniłam się z panią profesor Haliną Mikołajską. Nie pamiętam, by ktoś sprawił mi przykrość, dlatego że jestem początkującą aktorką, a oni legendami. Hołubili mnie jak własne dziecko. Wszyscy chcieli świetnego przedstawienia i takie było, wyszło genialnie. Foto: Edward Hartwig / Teatr Współczesny w Warszawie Marta Lipińska (Irina) i Józef Konieczny (Tuzenbach) w spektaklu "Trzy siostry", reż. Erwin Axer (1963). Ten zawód bywa niesprawiedliwy, zwłaszcza względem kobiet. Jak udawało się pani łączyć aktorstwo z byciem matką? Miałam szczęście. Gdy urodziłam dzieci, z różnicą trzech lat, a mąż za naszą wspólną zgodą podjął się dyrektorowania w Teatrze Współczesnym w Szczecinie, miałam wspaniałą gosposię, która przez wiele lat mi pomagała. Poza tym dużo wsparcia dostałam od starszej siostry. Dzięki temu mogłam spokojna chodzić na próby, a jednocześnie do czwartego roku życia dzieci były w domu, a dopiero potem chodziły do przedszkola. Pojawiła się obawa, że praca może nie poczekać? Jak już wydarzył się sukces, to sypały się propozycje. Był niebywały Teatr Telewizji, ile ja tam pięknych rzeczy zagrałam! Oczywiście, że przychodziły trudne momenty w życiu prywatnym. Czasem zostawałam zupełnie sama z dziećmi, tatuś przyjeżdżał ze Szczecina tylko na weekendy. Ale jakoś się udało, nasze małżeństwo przetrwało cięższe chwile. Maciej wrócił do Warszawy, gdy Erwin zaproponował mu tutaj dyrekcję. Foto: Maciej Belina Brzozowski / PAP Od lewej: Paweł Wawrzecki, Kazimierz Brusikiewicz jako Ralf, Marta Lipińska jako Genia w spektaklu Teatru Telewizji "Rezerwat", w reżyserii Krzysztofa Zaleskiego (1981). Małżeństwo narodziło się w tym teatrze? Czasem opowiadamy naszą historię tak, by brzmiała bardziej efektownie, że spotkaliśmy się na scenie w "Dwóch teatrach". Ja grałam Lizelottę, on grał Chłopca z deszczu, spojrzeliśmy na siebie i zaiskrzyło… Niezupełnie tak było. Widywaliśmy się przelotnie już wcześniej, Maciej przyszedł do teatru, gdy byłam już aktorką z pozycją. Kiedyś odbywały się imieniny Basi Wrzesińskiej, to tam zaiskrzyło. Zatańczyliśmy, porozmawialiśmy i zaczęły się te słynne motyle w brzuchu. Czy rola "dyrektorowej" bywa dokuczliwa? Staram się nie zwracać na to uwagi. Choć byłoby łatwiej, gdybym nie słyszała pewnych telefonów. Czasem nawet odium na mnie spada, mimo że w dyrektorskich sprawach absolutnie nie biorę żadnego udziału. Staramy się też nie przynosić pracy do domu, niestety nie zawsze się udaje. Foto: Renata Pajchel / Teatr Współczesny w Warszawie Marta Lipińska jako Maria w spektaklu "Największa świętość", reż. Maciej Englert (1977). "Nikim tak nie rządzę, nawet moim mężem" Cofnijmy się jeszcze o ponad 60 lat, do pani współpracy ze Stanisławem Różewiczem. Pierwszy był "Głos z tamtego świata", debiut filmowy jeszcze na studiach. Przypadliśmy sobie do gustu, bardzo ceniliśmy siebie nawzajem, potem podobny artystyczny związek miałam z Tadeuszem Konwickim, moja wielka przyjaźń! To, co mi proponowano, to nie były byle jakie role: Helena w "Salcie" Konwickiego, Stawska w perfekcyjnie obsadzonej i sfotografowanej "Lalce" Ryszarda Bera, i Korczyńska w "Nad Niemnem", gdzie wymyśliłam sobie sposób na niedocenioną, rozedrganą kobietę, niezajmującą się życiem, jakby powiedział Witkacy, tylko poezją. Nawet później te komediowe rzeczy zapisały się w pamięci ludzi. Moja stereotypowa teściowa w "Miodowych latach" była u Amerykanów tylko w jednym odcinku. Gdy zobaczyli, co wyczyniam, to postać została rozpisana na wiele lat. Nagrywaliśmy to z publicznością, moje "puk puk" od początku robiło furorę. Tak jak później Michałowa z "Rancza". Oj tak, to jedna z moich ukochanych ról! Nie przypuszczałam, że będzie tak bardzo lubiana i ważna dla ludzi. Pociąga w niej to, że ma odwagę powiedzieć, co myśli i jest do tego jeszcze sprawiedliwa. Troszkę mnie widzowie z nią utożsamiają, a nie jestem taka, nikim tak nie rządzę, nawet moim mężem [śmiech]. Dzięki częstym powtórkom w telewizji i w związku z tym ciągłą obecnością na ekranie widzowie pytają "kiedy następne odcinki?". No właśnie, kiedy? Cały czas słychać plotki o powrocie. Nie ma mowy o powrocie! Nikt nie mógłby napisać tak dobrego scenariusza jak Andrzej Grembowicz, znany pod pseudonimem Robert Brutter. A my nigdy byśmy się nie zgodzili, żeby grać w czymś napisanym przez kogoś innego. Nie mówiąc o tym, że nie żyje serialowy Kusy, czyli Paweł Królikowski. A i mnie już latka lecą… Czy wyglądam na osiemdziesiątkę? Magdalena Waligórska-Lisiecka: wszystko działa, ale nie dzięki rządowi [WYWIAD] Świetnie pani wygląda! [śmiech] A specjalnie o to nie zabiegam. Nigdy moja noga nie postanie u żadnego chirurga, żeby bąblował mi usta i policzki. Ale uważam, że dbaniem o siebie jest już wysypanie się, niezarywanie nocy. Poza tym prowadzę dobrą kuchnię, dbam o zdrowie psychiczne. Co nie znaczy, że człowiek się nie zużywa jak stary sprzęt. Ale to chyba nie jest wstęp do emerytury? Nie chcą mnie puścić na emeryturę. Mam wyznaczone sierpniowe przedstawienia tej mojej Esmeraldy [spektakl "Lepiej już było" w reżyserii Wojciecha Adamczyka – red.], jest wspaniale odbierana. Ten kontakt z widownią daje mi ogromną satysfakcję, chociaż też sporo mnie kosztuje. "Poczułam się strasznie nieszczęśliwa. Pierwszy raz o tym opowiadam" Wspomniała pani o Witkacym, który miał duży wpływ na pani ciotkę, Zofię Wattenową-Mrozowską. To ona przewidziała pani aktorstwo? Tak, moja cioteczka kochana. Wisi u mnie w domu jej autentyczny portret, który namalował Witkacy. Uważała, że to oczywiste, że będę aktorką. To od niej usłyszała pani, że czwarty mąż jest tym właściwym? Pamiętam te słowa, chociaż nie potraktowałam ich serio. Ciotka opowiadała mi na lotnisku w Buenos, że spotkała leśnika z Podola: "Boże, jaka jestem szczęśliwa, Martupelku. A zobacz, te buty to są z krokodyla, płynęliśmy w Salcie łódką i nagle go zobaczyliśmy. Jerzy zrobił »paf« i mam piękne buty…". Rozkoszna osobowość i ta nietuzinkowa uroda! Wspominamy ważne role, które przyszły w trakcie albo tuż po skończeniu szkoły, do której dostała się pani za pierwszym razem. A czy w tym paśmie sukcesów zawiera się też rozczarowanie aktorstwem? Był trudny moment. Zostałam zaangażowana do filmu Pawła Komorowskiego "Ściana czarownic", gdzie grałam zawodniczkę narciarską, to był rok 1966, niedługo po szkole, główna rola damska. Axer dał mi przyzwolenie, ale uprzedzał, że nie wejdę w nową sztukę. Zawsze dobrze jeździłam na nartach, uwielbiałam to, więc spędziłam cudowne trzy miesiące w Zakopanem (wtedy tyle czasu kręciło się filmy). Jednak gdy w końcu wróciłam do teatru, czułam się obca, zawiązało się kółku zaprzyjaźnionych ludzi, do których nie należałam. W dodatku nie trafiłam również do kolejnej obsady. Poczułam się strasznie nieszczęśliwa, nagle niczego nie grałam, w niczym mnie nie było, niczego nie próbowałam. Pierwszy raz o tym opowiadam, tylko mężowi zwierzyłam się z tego nieszczęścia. To był czas kiedy wypadłam z obiegu. Ale nie trwało to długo, bo przyszedł ogromny sukces spektaklu "Godziny miłości" ze Zbyszkiem Zapasiewiczem w Teatrze Telewizji. Jakże zasłużony sukces. Oj tak, wspaniałe przedstawienie. Ale mówię to panu, żeby pokazać, że w moim życiu nie było tylko pięknie. W pewnym momencie myślałam, że wali mi się świat i że to już koniec. Foto: Witold Rozmysłowicz / PAP Janusz Gajos i Marta Lipińska w filmie "Dary magów" (1971). Doświadczyła pani nieprzewidywalności tego zawodu. Tak, a z drugiej strony nigdy nie byłam osobą pazerną na granie. Może dlatego, że ogromną wagę przywiązuję do rodziny, do dzieci, do życia w ogóle. Zawsze uwielbiałam wyjazdy zagraniczne, cieszyłam się, jak dzieci się cieszyły. Wszystko ma dla mnie w życiu intensywny smak. Rzadko żyłam w letnich temperaturach, jest we mnie namiętność. Nawet gotuję namiętnie. "Namiętna kobieta" [tytuł spektaklu z Martą Lipińską w Teatrze Współczesnym – red.]. [śmiech] Wymyślam sobie dania i jestem z nich bardzo dumna. Mąż dopiero po latach się przyznał: "Kotku, ty myślisz, że my tak wszyscy lubimy ten twój barszcz ukraiński?". Odpowiedziałam: "Oczywiście, jak można go nie kochać?". "Nie mam z tym radiem dzisiaj nic wspólnego" A często słyszy pani: kochamy panią, pani Marto? Bardzo! Ta nasza audycja zrobiła zawrotną karierę. Role w "Kocham pana, panie Sułku", bo do niego nawiązuję, Jacek Janczarski pisał specjalnie dla pani i pana Krzysztofa Kowalewskiego. Ten mój Krzysio, jak mi go strasznie brakuje! W teatrze tyle z nim grałam. Brakuje mi jego uśmiechu, jego wspaniałego stosunku do życia. Bardzo się lubiliśmy, to prawdziwa aktorska przyjaźń. Niebanalna, bo nie musieliśmy się widywać na co dzień, nie musieliśmy do siebie telefonować, a byliśmy tak blisko, że wszystko mogliśmy sobie powiedzieć. Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych, to nieprawda. Foto: Maciej Kłoś / PAP Krzysztof Kowalewski i Marta Lipińska podczas nagrania słuchowiska "Kocham pana, panie Sułku" (1974). Pamięta pani wasze ostatnie spotkanie? Tak, ostatni raz spotkaliśmy się z Krzysiem w teatrze. Graliśmy "Nim odleci" Zellera sztuka trochę o nim, o odchodzeniu, o buntowaniu się przeciwko temu, że człowiek już nie daje rady. Wiedzieliście, że to pożegnalne przedstawienie? Chyba dla wszystkich było oczywiste, że się żegnamy, trudno było tego nie widzieć. Wraca pani do Sułka? Cały czas jest gdzieś powtarzany. Cieszę się bardzo, gdy słyszę "kocham pana, panie Sułku" i to jego "cicho!". Jak ludzie się bawili, gdy jeździliśmy z tymi fragmentami po Polsce, znali to na pamięć. To był surrealistyczny humor, a nie rechot. Sułek był strasznym gburem i chamem, okropnie traktował Elizę, a jednocześnie, dzięki cudownemu Jackowi Janczarskiemu, wszystko to miało poetycki charakter. Przyjęłaby pani zaproszenie na Sułkowy jubileusz w dzisiejszej Trójce, która emitowała słuchowisko? Nie, nie mam z tym radiem dzisiaj nic wspólnego. Cenię sobie pracę w radio, ale byle gdzie nie pójdę. "To matka moich wnuków, a czasy, jakie są, każdy widzi" Unika pani polityki? Mam swoją filozofię życiową i swoje sposoby, żeby wspierać rzeczy dobre i nie wszyscy muszą o tym wiedzieć. Cieszę się, bo dostałam z okazji mojego 60-lecia pracy artystycznej w Teatrze Współczesnym piękny list z gratulacjami od prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, przecież jestem warszawianką, kocham to miasto i całe życie tutaj pracuję. Z zaangażowania społecznego słynie przede wszystkim pani synowa, Maja Ostaszewska. Bardzo ją za to szanuję i podziwiam, ale też bardzo się o nią boję. To matka moich wnuków, a czasy, jakie są, każdy widzi. Podkreśla pani: "Nie ma mnie na rozkładówkach kolorowych czasopism, nie sfotografuję się w mediach ze swoją rodziną, nie wpuszczę do domu kamer". Wciąż to proponują? Bóg wie, co by dali za rodzinną sesję. Ale ja postawiłam granice swojej prywatności, dlatego jestem szczęśliwa. Uważnie też dobieram przyjaciół, nie wszystkich dopuszczę do bliskości i zażyłości. Foto: Marcin Bielecki / PAP Marta Lipińska Jaki dom tworzyli Marta Lipińska i Maciej Englert dla swoich dzieci, jakie wartości były w nim najważniejsze? Przy każdej wigilii powtarzałam do znudzenia: "Synku, pamiętaj, żebyś był dobrym człowiekiem". Życzenia się sprawdziły. Królowała u nas miłość. Nie wstydzę się okazywać uczuć, kocham swoje dzieci i swoje wnuki, może trochę za bardzo egoistycznie, bo uważam, że moje są najpiękniejsze i najmądrzejsze na świecie [śmiech]. O swoim dzieciństwie mówi pani: "Nauczyłam się skromności i dystansu". Tak, bo jestem dzieckiem wojny. Nigdy nie prosiłam matki o nowe buty, stroje, musiałyśmy radzić sobie same. Wcześnie straciłam ojca, byłam w siódmej klasie podstawówki, gdy mnie osierocił. Pani korzenie są w dzisiejszej, ogarniętej wojną, Ukrainie. Tylko urodziłam się w Borysławiu, ale nic nie pamiętam z tamtego okresu. Babcia mi wszystko opowiadała. Co mówiła? Dokładnie pamiętała, jak w wieku trzech lat poszłam na sanki w nocnej koszuli, w jej butach i ręczniku na szyi. Dostałam na gwiazdkę sanki, ale nie było śniegu. Jednak któregoś dnia się obudziłam i zobaczyłam śnieg, więc wzięłam, co było pod ręką, biegnąc na górkę zjeżdżać. Babcia, kiedy to zobaczyła, ponoć mało nie zemdlała [śmiech]. Miałam niebywale kolorowe dzieciństwo. Janusz Gajos: nie dałbym rady wytłumaczyć tego, co się dzieje [WYWIAD] Pani Marto, co przed panią? Zdaje się, że premiera nowego filmu, "Uwierz w Mikołaja", w obsadzie z Dorotą Kolak, Teresą Lipowską i Bohdanem Łazuką. Bardzo liczę na ten film, bo mówi nie o pięknych młodych dziewczynach, ale o starszych paniach z domu spokojnej starości. Opowiadają sobie o swoich bliskich, tęsknią za rodzinami, a między nimi jest mała dziewczynka, szukająca babci. Świetna obsada, w tym dawno niewidziane starsze aktorki. Około listopada jest planowana premiera. A poza tym nie narzekam. Jest dobrze? Byleby siły pozwoliły. Może coś się jeszcze wydarzy? Niech tylko w tej Ukrainie się uspokoi. Dzień zaczynam od modlitwy, żeby Putin się poddał i nie mordował niewinnych ludzi. Obejrzałam niedawno "Aidę", wstrząsający film, nie mogłam po nim zasnąć! To mi odbiera radość życia. Nie sposób żyć normalnie, gdy dookoła dzieje się tyle krzywdy. *** *Marta Lipińska — ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie (obecnie Akademię Teatralną). Od 1962 r. związana z warszawskim Teatrem Współczesnym, gdzie grała w spektaklach Erwina Axera ( "Trzy siostry", "Dwa teatry", "Miłość na Krymie"), Jerzego Kreczmara ( "Dożywocie" i "Wielki człowiek do małych interesów"), Wojciecha Adamczyka (z obecnego repertuaru "Lepiej już było") czy Macieja Englerta ( "Największa świętość", "Mistrz i Małgorzata", "Nim odleci"), prywatnie swojego męża, a od ponad 40 lat dyrektora Współczesnego. Szerokiej publiczności znana z emitowanego od 1973 r. słuchowiska radiowego "Kocham pana, panie Sułku", ról filmowych ("Głos z tamtego świata", "Salto", "Nigdy w życiu") czy seriali telewizyjnych ("Lalka", "Nad Niemnem", "Miodowe lata", "Ranczo"). Laureatka wielu wyróżnień, w tym Nagród Publiczności Festiwalu Sztuk Przyjemnych w Łodzi i Wielkiego Splendoru za wybitne role w Teatrze Polskiego Radia.
jestem nikim dla mojego męża